Mędralowa i Chatka na Lasku.

Mędralowa jest, była i będzie najdalej na północ wysuniętym punktem Słowacji. Prawie pół tysiąca lat temu to właśnie tutaj schodziły się granice potężnej Polski, Węgier i ziem śląskich. Mamy to niewyobrażalne szczęście, że do dziś możemy znaleźć tu historyczny słupek graniczny nr III/90 z tamtego zamierzchłego czasu. Ale, ale. Już widzę dzikie tłumy ciekawskich, szukających słupka… Prawda jest taka, że euforię poczuje dopiero ten, kto uświadomi sobie, że nasi przodkowie jako pierwsi właśnie pod Mędralową, załamywali czasoprzestrzeń i już w trakcie II wojny światowej byli w stanie w czasie kilku sekund odwiedzić III Rzeszę, Słowację czy Generalne Gubernatorstwo. Takie działy się tu rzeczy. Całe szczęście,  dziś załamywać czasoprzestrzeni w ten sposób nie możemy, bo i Mędralowa znajduje się na styku Polski i Słowacji.

Przez jednych zaliczania do Beskidu Żywieckiego, zaś przez drugich do Beskidu Makowskiego. Sama Mędralowa, jak na górę przystało, niewiele czasu poświęca na przejmowanie się podziałami i od pradziejów niezmiennie rozdziela zlewisko dwóch wielkich mórz. Jej długim grzbietem biegnie Wielki Europejski Dział Wodny. Stojąc na jej wierzchołku warto zdawać sobie sprawę, że szemrzące na południu, już na Słowacji, tak bliskie wody potoku Półgórzanka, nigdy nie zasilą naszego gorącego morza. Zawitają za to w korycie drugiej co do wielkości rzeki Europy i razem z Dunajem, przez malowniczą Rumunię wpadną do Morza Czarnego.

Zafascynowani urokiem Mędralowej, na jej porośnięty gęstym lasem grzbiet możemy udać się z Koszarawy. Sama droga zapewni nam zdecydowanie więcej widoków jak okolica szczytu, dlatego w trakcie wycieczki warto mieć oczy dookoła głowy.  Koszarawa i płynący przez nią potok rozdzielają Beskid Żywiecki od Beskidu Średniego i jeszcze dziś znajdziemy się na terenie tego drugiego, choć według niektórych cały czas z tego drugiego się nie ruszymy.

Jeśli wyruszymy w ten teren autem, warto zostawić je pod Urzędem Gminy, tuż pod herbem Koszarawy – pod zdrową babą w białej chuście z pokaźnymi widłami,  podpartą zadziornie w bok. Spod takiego herbu nikt auta nam nie ruszy. Wycieczkę zaczniemy i skończymy w Koszarawie. Początkowo zielony szlak poprowadzi nas przez Czoło i Kalików Groń (916 m.n.p.m.) z którego w panoramie na zachód będziemy mogli podziwiać najwyższą Romankę (1366 m.n.p.m.).

Wspomnianym szlakiem dojdziemy do Mędralowej Zachodniej, a z niej, już za czerwonymi znakami, będziemy kierować się na szeroką i malowniczą halę pod Mędralową. Po drodze miniemy niewielki szałas, gdzie śmiało możemy zostać na noc i zapalić ognisko. Wieczorem, przy rozżarzonym drewnie, warto zachować umiar, bo okolica usiana jest całkiem głębokimi okopami, powstałymi za sprawą Niemców w czasie II wojny światowej. Z rana, po nocnej mijance między okopami i sytym śniadaniu zdrowo będzie umyć zęby, dlatego dobrze wiedzieć, że około 10 metrów poniżej szałasu  znajdziemy źródło.

Z szałasu będziemy kierować się na Przełęcz Klekociny. To tutaj zatrzymują się ponoć lecące z odległej Afryki bociany, klekocząc radośnie, z faktu, że tak blisko im do najdłuższej w Polsce wsi – malowniczej Zawoi, gdzie dobrzy ludzie żyją w zgodzie z prawami natury.

Do pobliskiego Buciorysza, zostało nam już tylko trochę ponad półtora godziny. Listopad od pięciu dni budził nas co rano, więc po zmianie czasu na zimowy, w międzyczasie zrobiło się ciemno. Żwawym krokiem, z żółtym szlakiem zeszliśmy do Koszarawy i po odszukaniu dwóch sklepów spożywczych, przy kościele pw. Św. Karola Boromeusza z 1824 roku, weszliśmy na niebieski „chatkowy” szlak.

Nie jest on zaznaczony na starszych mapach, dlatego by na niego trafić, tuż przy wspomnianych sklepach, należy zejść do doliny ulubionego potoku Koszarawa i wejść na jedyny w okolicy drewniany mostek. Na drzewie obok odnajdziemy pierwszy ze znaków – niebieski kwadrat z białym domkiem pośrodku. Po około 20 minutach dojdziemy do Chatki Lasek – numeru jeden wśród labiryntów naszych czasów.

Na miejscu udało się nam trafić na zjazd speleologów – miłośników jaskiń i innych pieczar. Było więc ciasno i wąsko 😉 Wszystkie pomieszczenia chatki pełne były turystów. Przekonani, że zajęte w całości poddasze, to pewnie spanie na karimatach, byliśmy w szoku, że chata ma tyle ukrytych pomieszczeń. Zaczęliśmy po kolei zaglądać do zakamuflowanych, niewielkich pokoi na dole. Szybko okazało się, że wszystkie łóżka są pozajmowane.

Wieczór mijał, rozmowa z Chatkowym przy kuchennym stole trwała w najlepsze, kiedy w jednym momencie zostaliśmy zaprowadzeni do kolejnej skrytki. Nie sposób trafić tam przypadkiem. Wątpię bym teraz sam był w stanie ją odnaleźć. Gdzieś pomiędzy kuchnią a jadalnią, w okolicach schodów, znajdują się zamaskowane w ścianie drzwi, a za nimi pomieszczenie o rozmiarach 2m x 2m. Jedna szafka i rozłożona wersalka. Na szafce gąsior z winem, butle z nalewkami i butelki szlachetnych trunków. Obok słoiki z zasypaną cukrem sosną i stosy kaset magnetofonowych.

Jestem przekonany, że nie ma na ziemi lepszego miejsca do zabawy w chowanego. Niebawem pojadę tam jeszcze raz, by rozrysować plan pomieszczeń, bo aż dziw, że z zewnątrz budynek ma tak zwyczajny kształt, kiedy w środku tyle się dzieje. Mędralowa jak stała, tak stać będzie, ale wiem, że być może w niedługiej przyszłości układ pomieszczeń w chatce ulegnie zmianie, więc trzeba tam czym prędzej wrócić.