Magazyn Duma nr 4 (2023) wywiad

Na samym początku 2023 roku skontaktował się ze mną redaktor naczelny Magazynu Duma Mateusz Jaskot. Z przyjemnością zgodziłem się na wywiad, który przeprowadził Oleksandr (Sasha) Pohorelov. Nasza rozmowa została opublikowana w wiosennym, czwartym już numerze unikalnego czasopisma. Cieszę się, że była inna niż wszystkie wcześniejsze.

Poniżej wrzucam plik pdf z podglądem całego wywiadu, zaś tuż pod nim sam tekst całej rozmowy.

WYWIAD – Magazyn Duma, nr 4, wiosna 2023, str. 48-51:

Na tle rosnącej roli miast, coraz szybszego tempa życia i wykładniczego wzrostu popularności słowa „gentryfikacja” w dyskursie społecznym rozwinęła się również pewna kontrkultura. Dla niektórych nosi nazwę mindfulness, dla niektórych duchowość, a dla innych być może cottagecore. Jeśli nie zagłębiać się w semantykę, to generalnie chodzi o to, że zjednoczenie z naturą i chęć ucieczki z tętniących życiem miast nabierają ogromnego popytu. Jednak proste pragnienie „ucieczki” nie jest tak łatwe do zrealizowania, jak się wydaje na pierwszy rzut oka – w naturze nie zamówisz taksówki, jeśli nagle zmienisz plany. Dlatego każdy, kto chce dotknąć natury, potrzebuje przewodnika – osoby, dla której jest to często głęboka duchowa ścieżka i nawet całe życie – z taką osobą udało nam się porozmawiać w tym numerze. Martin Martinger jest przewodnikiem po polskich górach z wieloletnim stażem, a także autorem kilku już książek, w których opowiada o swoich podróżach.

Weźcie głęboki wdech, powolny wydech – teleportujemy się w Bieszczady.

Skąd pojawiła się u ciebie taka fascynacja przyrodą, a konkretnie Bieszczadami? To jest tradycja rodzinna, czy doszedłeś do tego sam?

Myślę, że moje przywiązanie do przyrody ukształtowało się za dzieciaka w czasie wakacji na wsi u babci. Co roku spędzałem kilka tygodni w małej wiosce na Podkarpaciu, gdzie świat wyglądał zupełnie inaczej niż ten znany mi na co dzień z małego miasta. Dziadkowie prowadzili niewielkie gospodarstwo, hodowali zwierzęta i uprawiali ziemię, przez co każdy ich zwykły dzień, który tak bardzo różnił się od mojego, był dla mnie egzotyczny i przez to nieskończenie ciekawy. Dookoła domu rosły maliny i porzeczki, różne gatunki jabłoni, gruszy i śliwek, a na polu za stodołą i stajnią dojrzewały wszystkie z możliwych warzyw. Przyroda była wszędzie, a największe wrażenie robiły na mnie zbiory. Babcia Gienia miała niespotykany i wspaniały dar opowiadania o roślinach i ich sekretach. Wiedziała z jakim warzywem dobrze rośnie pietruszka, a spacery pomiędzy grządkami pełnymi kolorowych i pachnących roślin były dla mnie wielką przygodą nieporównywalną do niczego, co znałem wcześniej. Co dzień obserwowaliśmy razem pękate pączki, rozwijające się liście i delikatne kwiaty, które zawsze głaskała przechodząc obok. Szczególnie zwracała moją uwagę na każdy promień słońca, dzięki któremu owoce rosły i zmieniały kolory. Z tego czasu w pamięci zostały mi niezliczone zapachy: marchwi wyciągniętej prosto z ziemi, wilgotnej ziemianki, czy rozgrzanych w słońcu nasion kopru. Myślę, że to właśnie od babci wszystko się zaczęło. Bieszczady pojawiły się później, kiedy jako nastolatek usłyszałem o dzikiej przyrodzie, którą można w nich odkryć. Przyrodzie, która od czasu wyjazdów na wieś wiązała się dla mnie z zachwytem i jest jedną z moich największych radości. Zamarzyłem o odnajdywaniu rzadko odwiedzanych miejsc, w których kontakt z nią jest najbardziej intymny, dlatego założyłem na plecy wielki plecak i jako szesnastolatek ruszyłem w kilkudniową wędrówkę, która trwa do dziś. Pytasz o rodzinną tradycję wyjazdów w Bieszczady – szczęśliwie mogę powiedzieć, że udało mi się rozbudzić tę pasję u moich rodziców i braci.

Wydaje mi się, że każda wycieczka w ekstremalnych warunkach pokazuje ludzi z zupełnie nowej strony. Czy w praktyce przewodnika spotykałeś się z sytuacjami, w których ludzie wracali z gór jako zupełnie inne osoby?

Z każdej wędrówki wracamy jako inne osoby, nawet jeśli nie wydarzy się na niej nic ekstremalnego. Myślę, że góry pozwalają lepiej zrozumieć nas samych i zdzierają nam z twarzy wszystkie ciężkie maski. Nie ma przy tym znaczenia czy nosisz je świadomie, czy zupełnie przypadkiem, bo już przy pierwszym kryzysie gdy nie dajesz rady, wszystkie i tak pękają z hukiem i jesteś samym sobą. W górach nikt cię nie ocenia, nikt nie dopytuje, a jedynie towarzyszy ci i idzie obok, krok w krok przy tobie. Później, gdy trudność mija, zauważasz, że dałeś radę, a twoja nieskrywana słabość nie naraziła cię na krytykę i krzywdę. Zyskałeś akceptację, zrozumienie i świadomość, że wszystko jest do przejścia, a to, co trudne, kiedyś się kończy, tak jak to przeklęte podejście na upragniony szczyt. To ważne by o tym pamiętać, szczególnie w kontekście naszego zdrowia psychicznego. Jako przewodnik górski często widzę zachwyt i wzruszenie osób, które wątpiły w swoją kondycję i obawiały się, że nie wejdą na rysującą się w oddali górę, a jednak tego dokonały. Ekstremalne sytuacje dodatkowo potęgują te doznania, a najczęściej związane są z dziką przyrodą. Niedźwiedź widziany z daleka, świeże ślady wilków i tropy żubrów, czy gwałtowna burza budzą w nas emocje, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Nie znaliśmy siebie z takiej, czy innej strony.

Cały czas wracam w myślach do jednej z moich pierwszych kilkudniowych wędrówek z namiotami przez Bieszczady. Wędrowaliśmy w pięć osób z dala od cywilizacji, bez prądu i zasięgu. Przemierzaliśmy w bród rzekę Wetlinę w jednej z wysiedlonych wiosek, gdy nagle rozpętała się potężna burza z ulewą. Byliśmy akurat boso w połowie szerokiej na 30 metrów górskiej rzeki, w wodzie po kolana, z ciężkimi plecakami. W las nad naszymi głowami uderzały pioruny, a kamienie były tak śliskie, że każdy krok należało dobrze przemyśleć, by nie wywinąć orła. Szybko doszliśmy do brzegu, a resztę załamania pogody przeczekaliśmy w starej, zarośniętej bojkowskiej piwnicy. Wieczorem przy ognisku jeden z kompanów wędrówki ze wzruszeniem przyznał mi się, że nigdy w życiu nie był tak bardzo tu i teraz, jak w chwili, w której musiał zaplanować każdy swój krok. Uczucie to ku jego zdziwieniu, pomimo trudu fizycznego, wywołało poczucie spokoju i odpoczynku. To było piękne.

W ostatnich latach szczególnie przejawia się trend na mindfulness i jedność z naturą: w miastach otwierają się dziesiątki szkół jogi, media społecznościowe są pełne estetyki cottagecore, nawet duże korporacje dają pracownikom subskrypcje na aplikacje do medytacji. Jak myślisz, co może być powodem takiej dynamiki?

Myślę, że zwrócenie się w kierunku mindfulness i jedności z naturą wynika z naszego stopniowego odchodzenia od nich w ostatnich latach. Chęć nieprzerwanego zwiększania materialnego dobrobytu doprowadziła nas w ciemny i ślepy zaułek posiadania przedmiotów, z których wycieńczeni gonitwą nie potrafimy się cieszyć. Zalewani ogromem informacji i bodźców gubimy się i skupiamy naszą uwagę na wszystkim i na niczym, powierzchownie patrząc na innych. Brakuje nam poczucia zrozumienia otaczającego świata, który tak szybko się zmienia. Na deser zmęczeni życiem w pośpiechu przeglądamy przed snem media społecznościowe, porównując się z osobami, które nawet nie mają pojęcia o naszym istnieniu, zapominając przy tym o pielęgnowaniu więzi z najbliższymi. Fundujemy sobie stałe poczucie lęku przed byciem gorszym, mniej ciekawym czy mało ambitnym. W książce pt. „Wyloguj swój mózg. Jak zadbać o swój mózg w dobie nowych technologii” A. Hansen dobitnie tłumaczy co dzieje się z naszym organizmem, gdy całe dni spędzamy z telefonem w ręku, a jego wnioski są przytłaczające. Na szczęście kiedy zdaje się, że cały ten dramat nie ma końca, wchodzi ona, cała na zielono – przyroda, i przypomina nam, że można żyć inaczej. Estetyka cottagecore, o której mówisz, jest ucieleśnieniem naszych pragnień o prostym życiu w niewielkiej wiosce, w otoczeniu kwietnych łąk, z dala od miejskiej gonitwy. Zauważamy dziś, że to co daje nam upragniony spokój wychodzi właśnie od natury, a o chwile jedności z nią łatwo w górach, które uczą nas uważności i zachwytu z trwającego momentu. Myślę, że to właśnie dlatego ostatnimi laty wybieramy się na szlaki coraz częściej. Człowieka podświadomie ciągnie do przyrody, a ta odwdzięcza mu się poczuciem prawdziwego ukojenia.

Spotkałem się z pewną dyskusją na temat etycznej ekoturystyki: z jednej strony fajne jest to, że pomaga zwrócić ona uwagę na problemy środowiskowe, ale z drugiej strony dyskutuje się o zanieczyszczeniu przyrody przez nieodpowiedzialnych podróżników. Jak być tym dobrym turystą?

Dyskusję o etyce w ekoturystyce możemy rozpocząć już od samego wyboru miejsca, które chcemy odwiedzić, przez sposób w jaki będziemy je eksplorować, aż po suweniry z którymi wrócimy po takiej eskapadzie. Myślę, że dobry turysta to ten, który rozumie, że odwiedzając interesujący skrawek ziemi jest na nim jedynie gościem, a wybierając się na łono natury akceptuje wszystkie zasady, którymi ta się rządzi i nie stara się w nią ingerować np. układając kopce z kamieni. Jest odpowiedzialny i świadomy swojego wpływu na otoczenie, dlatego nie zostawia po sobie żadnych śladów (guma do żucia rozkłada się 5 lat, skórka od banana 2 lata, a ogryzek jabłka 2 miesiące). Taki podróżnik, gdy widzi w parku narodowym tabliczkę „zakaz schodzenia ze szlaku – regeneracja otoczenia”, na pewno nie przechodzi przez barierkę i nie rozkłada kocyka, by napić się herbaty z termosu. Taka osoba przed skorzystaniem z szerokiego wachlarza usług turystycznych zdecyduje się na takie, które wspierają lokalne społeczności. Warto też zwrócić uwagę na to, że taki człowiek nie ruszy w podróż tylko po to, by za wszelką cenę wrócić z niej z dobrym zdjęciem na Instagramie.

Często piszesz o tym, jak przygotowujesz jedzenie w terenie z produktów znalezionych w górach. Jakie było twoje najbardziej nieoczekiwane odkrycie gastronomiczne?

W pierwszej kolejności na myśl przychodzą mi górskie napary. Wędrując z plecakiem zawsze mam do niego doczepiony bukiet ziół, który każdego dnia wzbogacam o nowe rośliny. Bardzo cieszy mnie ich zbieranie, bo już sam wybór terenu z którego je zerwiemy wpływa na to, jak intensywnego aromatu możemy się spodziewać. Wybieram nieprzypadkowe miejsca, które szczególnie przypadną mi do gustu, te w których wydarzyło się coś wyjątkowego. Jeszcze więcej przyjemności daje mi zaparzanie ziół po powrocie do domu. Nigdy nie wiesz jakiego smaku się spodziewać, a jedyne co jest pewne, to przeniesienie się przy każdym łyku na te rozgrzane słońcem łąki. Moim numerem jeden jest uwodząco wonna macierzanka zwyczajna (Thymus pulegioides), której zawsze wypatruję jako pierwszej. Wędruję przez Bieszczady z kociołkiem, w którym co wieczór wspólnie gotujemy na ognisku posiłek. To, co wyląduje w garze w dużej mierze determinuje otaczająca nas przyroda, dlatego nieoczekiwanych odkryć jest co nie miara. Pamiętam pyszną zupę krem z pomidorów z garścią mięty polnej (Mentha arvensi), albo krupnik z delikatnymi liśćmi lebiodki pospolitej (Origanum vulgare), dziko rosnącej w naszym kraju, a smakującej jak oregano. Największe pole do popisu daje zawsze jajecznica. Przyprawiona purpurowymi kwiatami koniczyny łąkowej (Trifolium pratense) i zadziornymi liśćmi krawanika pospolitego (Achillea millefolium) swoim smakiem i wyglądem przyprawia wręcz o zawrót głowy. Łatwy do odnalezienia jest również tasznik pospolity (Capsella bursa-pastoris), idealny na sałatki. Ciekawe jest to, że często im prostszy posiłek i im bardziej pospolitego zioła użyjemy, tym zaskoczenie bywa większe. Na Podkarpaciu robimy proziaki, to takie małe placuszki z sodą, które w terenie można upiec na kamieniu. Po dodaniu do ciasta liści czosnku niedźwiedziego (Allium ursinum) pachną jak marzenie. Wiele inspiracji do gotowania na łonie natury odnajduję w książkach Łukasza Łuczaja. Pamiętajmy by nie używać roślin, których nie znamy.

Po tylu podróżach jestem pewien, że między tobą a Bieszczadami rozwinęła się już niemal osobista więź. Czym personalnie są dla ciebie góry?

Pierwsze co mam w głowie myśląc o odpowiedzi na to pytanie to, że są dla mnie wszystkim. Słyszę jednak jak wzniośle to brzmi, dlatego rozwinę, że przez wszystko rozumiem miejsce: w którym czternaście lat temu poznałem mojego wspaniałego chłopaka; w którym cieszy mnie każdy szelest liści, każda noc w namiocie; gdzie tuż przed wschodem słońca panuje cisza jakiej nie ma nigdzie indziej, a woda lepiej smakuje. Góry są miejscem, w którym udało mi się odnaleźć siebie, a to chyba znaczy wszystkim?

Gdybyś mógł wymienić jedną lub kilka rzeczy, które skłoniłyby nawet najbardziej zagorzałego wielbiciela miejskiego życia do podróży przez Bieszczady, co byś wybrał?

Myślę, że są rzeczy, do których człowiek dochodzi z czasem, a namawianie go wcześniej do przekraczania pewnych granic mija się z celem. Jeśli sam nie będzie miał takiej potrzeby, nawet gdy mamy dobre intencje i chcemy podzielić się tym co najlepsze, nasze starania mogą przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Góry to surowość, to dzika natura, często brak wygód i cywilizacji. By zdobyć cel wędrówki trzeba włożyć w nią duży wysiłek. Choć w takich warunkach łatwo poczuć wielką radość z życia, to jednak w tym samym momencie można też doświadczyć dyskomfortu i równie łatwo zrazić się raz na zawsze do tej formy spędzania czasu. Tego bym nie chciał, ponieważ góry to wyjątkowe miejsca na mapach kontynentów, które otwierają nasze serca. Przychodzi taki dzień, kiedy nawet najbardziej zagorzały wielbiciel miejskiego stylu życia, o którym mówisz, dojrzeje do podjęcia decyzji o podróży, poczuje zew przygody i nie będzie potrzebował żadnych powodów, by spakować plecak i ruszyć w Bieszczady. Wtedy z wielką przyjemnością zabiorę go jako przewodnik tam, gdzie zobaczy jak piękny jest otaczający go świat. Odkryjemy razem miejsca, w których szybko zapomina się o rozładowanym telefonie schowanym na dnie plecaka, a dzień zaczyna się od kąpieli w górskim strumieniu. Nic na siłę.

Napisałeś już kilka przewodników po polskich górach — opowiedz o nich więcej.

Mam w naszych górach dwa ukochane pasma, to Bieszczady, z których pochodził mój prapradziadek i sąsiadujący z nimi nieznany w naszym kraju Beskid Niski, do którego jeździłem z pobliskiego, rodzinnego Krosna. Jedne i drugie odkrywałem od dzieciaka i z wielką przyjemnością prowadzę dziś po nich wędrówki jako przewodnik. Ku mojej dzikiej radości, a dzięki niemożliwemu wręcz zbiegowi okoliczności, po roku tworzenia, w 2022 r. ukazała się moja pierwsza książka pt. „Bieszczady pełne wrażeń”. Choć już o samym procesie pisania tej książki można napisać książkę, to skupię się na tym, że to liczący ponad 350 stron zbiór moich gotowych pomysłów na wycieczki piesze i rowerowe, oraz opis aktywności zupełnie niekojarzonych z tym miejscem, stąd te „pełne wrażeń” w tytule. To, co go wyróżnia to trasy prowadzące przez często nieopisane nigdzie indziej, nieznane i zapomniane Bieszczady, w których trudno szukać tłumów turystów. W marcu 2023 r. ukazuje się moja druga książka pt. „Beskid Niski”, w której prowadzę czytelnika przez te najdziksze góry w Polsce. Opracowałem kilkanaście tras pieszych, kilka tras tematycznych i zbiór pięćdziesięciu najciekawszych miejsc, które pozwalają poczuć magię tego regionu. W każdej z książek dzielę się moimi sekretnymi miejscami, więc liczę, że trafią w nie jedynie ci dobrzy turyści, o których pytałeś mnie w trakcie rozmowy. Korzystając z okazji zdradzę, że pracuję już nad trzecią książką, która ukaże się w 2024 r.

Koniec wywiadu 🙂
Dziękuję za Twój czas!
Martin Martinger

Poniżej wrzucam 4 zdjęcia (przesuń w prawo/lewo):

Dodaj komentarz